Kiedy ostatnio czułeś się naprawdę szczęśliwy?
Zatrzymaj się na chwilę i zadaj sobie pytanie: kiedy ostatnio czułeś się naprawdę szczęśliwy? Nie „zadowolony” czy „usatysfakcjonowany”, nie chodzi również o sytuację, w której po prostu dobrze się bawiłeś. Chodzi o moment, w którym byłeś tak szczęśliwy, że gdyby ktoś zapytał, czy chcesz czuć się tak już zawsze, potwierdziłbyś bez wahania.
Teraz drugie pytanie: kiedy ostatnio sprawiłeś sobie przyjemność? Na to pytanie zapewne łatwiej będzie ci odpowiedzieć. Czy to było wczoraj wieczorem, gdy otworzyłeś ulubione wino? A może przedwczoraj, gdy włączyłeś kolejny odcinek serialu? Albo godzinę temu, kiedy zjadłeś coś słodkiego, choć wcale nie byłeś głodny?
Dwa pytania, dwie różne jakości doświadczenia: język je ze sobą myli, marketing – zrównuje, a nasza codzienność z uporem utożsamia. Tymczasem pomiędzy przyjemnością a szczęściem nie ma zwykłej różnicy stopnia, za to istnieje różnica rodzaju. Różnica ta ma konkretne cząsteczki, konkretne receptory i konkretne konsekwencje dla twojego życia.
Pułapka słownika
Słownik podpowiada, że szczęście i przyjemność to synonimy, także w codziennym użyciu oba terminy stosujemy zamiennie. Mówisz: „jestem szczęśliwy”, kiedy dostajesz awans, kupujesz nowy samochód albo wypijasz espresso w słoneczny poranek. Jednak neurobiologia ma w tej sprawie inne zdanie, przekonując, że mylisz dwa całkowicie różne doświadczenia, napędzane przez dwa odmienne systemy chemiczne, które w dodatku potrafią się wzajemnie wykluczać.
Robert Lustig, endokrynolog z Uniwersytetu Kalifornijskiego, poświęcił tej pomyłce całą książkę. Jego teza brzmi prowokacyjnie: współczesność sprzedaje przyjemność, wmawiając nam, że kupujemy szczęście. Na pierwszy rzut oka wygląda to na prosty zarzut wobec konsumpcjonizmu, lecz w rzeczywistości jest diagnozą biochemiczną.
Dwóch listonoszy, dwa listy
Wyobraź sobie mózg jako miasto, po którym poruszają się niezliczeni listonosze, a każdy niesie informacje między komórkami nerwowymi. Dwóch interesuje nas szczególnie, ponieważ to oni decydują o jakości naszego życia.
Pierwszy z nich to dopamina, której listy są krótkie, gorące, natrętne. Brzmią zawsze podobnie: „zdobądź to”, „sięgnij po to”, „to jest ważne”, „to jest pilne”. Dopamina nie mówi ci, że coś jest przyjemne, lecz przekonuje, że tego chcesz. Jeśli kiedykolwiek przejadłeś się deserem, który wcale nie smakował ci tak, jak się spodziewałeś, poznałeś jej kłamstwo. Drugi listonosz to serotonina. Jej listy są inne: spokojne, długie, jakby napisane atramentem, który schnie powoli. Mówią: „jest dobrze”, „jesteś bezpieczny”, „to ma sens”, „należysz tu”. Serotonina nie napędza cię do działania: ona uspokaja, pozwala siedzieć w ciszy i czuć, że właśnie to wystarczy. Jeden listonosz popycha cię do polowania, drugi – skłania, by zostać w domu. Jeden obiecuje, drugi dostarcza. Jeden krzyczy, drugi szepce.
Do tej pary warto dołożyć jeszcze dwóch pomocników, ponieważ bez nich obraz byłby niepełny. Endorfiny, naturalne opioidy mózgu, pojawiają się wtedy, gdy organizm potrzebuje zagłuszyć ból. Przychodzą po wysiłku fizycznym albo po wyczerpującej pracy. Oksytocyna płynie wtedy, kiedy ktoś cię obejmuje, gdy karmisz dziecko lub przebywasz wśród osób, którym ufasz. Te dwa związki grają w zespole serotoniny i razem budują to, co nazywamy stanem zakorzenienia. Naprzeciw nich stoi kortyzol, hormon stresu, który w małych dawkach pomaga ci działać, a w dużych i przewlekłych rozmontowuje twój system szczęścia równie skutecznie, jak nadmierna stymulacja dopaminowa. Oto mapa, która powinna ci towarzyszyć, kiedy myślisz o tym, jak się czujesz.

Kiedy ostatnio czułeś się naprawdę szczęśliwy?
Głód, którego nie da się zaspokoić
Teraz usłyszysz coś, co raczej ci się nie spodoba. Te dwa systemy, choć generują coś, co potocznie nazywamy „dobrym samopoczuciem”, nie tylko się różnią: one ze sobą walczą.
Mechanizm owej walki jest na tyle złożony, że warto mu się przyjrzeć bliżej. Dopamina działa w sposób adaptacyjny: im częściej ją uruchamiasz, tym słabsze staje się jej działanie przy tej samej dawce bodźca. Neurony uczą się, że dopaminy jest za dużo, więc zmniejszają liczbę receptorów, które ją odbierają. Paradoks polega na tym, że potrzebujesz coraz więcej, chcąc czuć to samo. Tę zasadę przemysł nazywa „tolerancją”, a psychologia „mechanizmem uzależnienia”. Filozofia starożytna nazywała ją „głodem nienasyconym”. Serotonina działa odwrotnie. Im bardziej stabilne masz życie, im głębsze są twoje relacje, im więcej sensu znajdujesz w codzienności, tym lepiej funkcjonuje twój system serotoninowy. Nie ma tu spirali potrzeb, jedynie kumulacja zakorzenienia.
Uwaga, teraz będzie najciekawsze. Przewlekła stymulacja dopaminowa, zwłaszcza w formie, do której nasz gatunek nie jest ewolucyjnie przystosowany, prowadzi do zmian regulacyjnych w układzie serotoninowym. Mówiąc prościej, im więcej przyjemności doświadczasz, tym mniej szczęścia odczuwasz. Wraz ze wzrostem liczby „szybkich strzałów” dopaminowych coraz trudniej wejść w stan długotrwałego zadowolenia. Badania nad tym mechanizmem wciąż się rozwijają, więc tę tezę warto traktować z ostrożnością, jednak obserwacje kliniczne, które opisuje między innymi Lustig, dość konsekwentnie za nią przemawiają. Oto chemiczny sens mądrości, którą znają wszystkie tradycje duchowe świata: ten, kto ciągle pragnie, nie zaznaje spokoju.
Kiedy gaśnie to, co dawniej wystarczało
Spójrz na swój telefon. Każde powiadomienie, każde przesunięcie palca, każde polubienie pod twoim postem to mikrodawka dopaminy. Aplikacje są zaprojektowane tak, żeby dostarczać je w sposób nieregularny i zaskakujący, bo właśnie taki rozkład działa najsilniej. Dokładnie ten sam mechanizm napędza maszyny w kasynach.
Tu nie chodzi o krytykę używania smartfonów, lecz o prostą obserwację: żyjesz w epoce bezprecedensowej w historii naszego gatunku, w której przyjemność jest dostępna natychmiast, na żądanie, w dowolnej ilości. Jednocześnie wskaźniki depresji, lęku i samotności rosną w tempie niespotykanym w żadnym wcześniejszym pokoleniu.
Korelacja to nie dowód przyczynowości, a badania nad tym, czy media społecznościowe powodują depresję nie są jednoznaczne, więc warto zachować ostrożność w formułowaniu radykalnych wniosków. Jednak mechanizm biochemiczny, który opisałem wyżej, podpowiada, że nie jest to całkowity zbieg okoliczności. Każdym przewinięciem ekranu obniżasz swój próg satysfakcji, a szczęście staje się coraz trudniej dostępne, ponieważ układ, który je wytwarza został osłabiony przez układ produkujący przyjemność. Zaskakujące, prawda? Żebyś mnie dobrze zrozumiał: problem nie polega na tym, że przyjemność jest zła, lecz na tym, że w nadmiarze może aktywnie podkopywać szczęście.
Różne narracje, ta sama mądrość
Dwa i pół tysiąca lat temu Epikur napisał coś, co jego uczniom wydawało się sprzeczne. Uczył, że celem życia jest przyjemność, a jednocześnie uważał, że prawdziwa przyjemność polega na braku cierpienia i na spokoju duszy, który nazywał ataraksją. Krytycy drwili, że to żadna przyjemność, skoro nie obejmuje wina ani uczt. A jednak Epikur rozumiał to, czego w jego czasach nie potrafiono jeszcze naukowo wytłumaczyć. Wiedział, że istnieją dwa rodzaje dobrego samopoczucia: jedno pochodzi z chwilowego zaspokojenia pragnienia, a drugie z tego, że pragnień nie ma zbyt wiele i można sobie z nimi poradzić. Arystoteles wyrażał to inaczej. Rozróżniał hedone, czyli przyjemność zmysłową, od eudajmonii, czyli stanu ludzkiego rozkwitu, który nie jest uczuciem, lecz jakością życia przeżywanego zgodnie z tym, co w człowieku najlepsze. Buddyzm wypowiada się jeszcze radykalniej: pragnienie samo w sobie jest źródłem cierpienia, a wolność od pragnienia jest bramą do spokoju.
Różne języki, różne metafory, ta sama intuicja. Współczesna neurobiologia nie odkryła niczego fundamentalnie nowego, lecz opisała chemicznymi równaniami to, co ludzie sami dostrzegli dawno temu, uważnie obserwując własne życie.
Trzecia droga, którą nie każdy chce poznać
Teraz uwaga: gdybym zakończył w tym miejscu, napisałbym kolejny, moralizatorski tekst z radami: „wyłącz telefon”, „poznaj prawdziwych ludzi”, „bądź wdzięczny”. Takie teksty mają jedną wadę, mianowicie usiłują przekonać do radykalnych decyzji – serotonina zamiast dopaminy, szczęście zamiast przyjemności, sens zamiast używania. A to nie jest prawdziwy wybór.
Człowiek nie został stworzony do życia wyłącznie w stanie serotoninowym. Gdyby nasz praprzodek, który stał pod drzewem i patrzył na owoce nie poczuł dopaminowego impulsu, żeby je zerwać, nie przetrwalibyśmy jako gatunek. Gdyby matka widząca zagrożenie dla dziecka nie odczuła dopaminowej mobilizacji, nie chroniłaby go tak skutecznie, jak potrafi. Dopamina nie jest demonem współczesności, lecz silnikiem życia. Bez niej nie ma pragnienia, nie ma dążenia, nie ma nauki, nie ma również miłości w fazie zakochania.
Problemem nie jest dopamina sama w sobie, lecz oderwana od kontekstu, w którym powstała. Twój mózg nie został zaprojektowany do funkcjonowania w środowisku, gdzie każde pragnienie można zaspokoić w piętnaście sekund, lecz miał radzić sobie w świecie, w którym dopaminowy impuls prowadził do wielogodzinnego wysiłku, a dopiero potem nagradzał niewielką dawką satysfakcji. Ta dysproporcja między wysiłkiem a nagrodą miała określone cele: uczyła, budowała umiejętności, integrowała społeczność.
Trzecia droga nie polega więc na wyborze między przyjemnością a szczęściem, lecz na przywróceniu właściwych proporcji między nimi tak, by dopamina znów służyła czemuś, a nie była celem samym w sobie. Pragnienie powinno prowadzić do działania, nie do kolejnego kliknięcia, a droga do nagrody trwać na tyle długo, by system serotoninowy zdążył zaznaczyć ślad w twojej biografii.
Architektura, nie proste rady
Nie podam ci tutaj listy dziesięciu rzeczy, które poprawią twoje samopoczucie. Nie dlatego, że takie listy nie działają, tylko dlatego, że zmiana poziomu szczęścia w życiu to nie modyfikacja zachowania, lecz architektury, w której żyjesz.
Czym jest ta architektura? To bodźce, jakie masz wokół siebie, relacje, które pielęgnujesz, ilość czasu spędzana z własnymi myślami, rzeczy, które zaczynasz i kończysz i liczba sytuacji na dobę, w jakich twój mózg doświadcza domknięcia: „chciałem i zrobiłem” zamiast: „chciałem i kliknąłem”. Architektura nie jest listą, lecz kontekstem, w którym działa twoja biochemia.
Być może najważniejsze pytanie, jakie możesz sobie teraz zadać, brzmi tak: „czy rzeczy, które sprawiają mi przyjemność, pracują dla mojego szczęścia, czy przeciwko niemu?”. Jedno espresso rano pracuje dla szczęścia, ale piąta kawa o siedemnastej odbije się na śnie, więc pracuje przeciwko serotoninie. Godzina rozmowy z przyjacielem pracuje dla szczęścia, ale ten sam czas spędzony na scrollowaniu zdjęć z cudzych wakacji pracuje przeciwko poczuciu, że masz wystarczające życie. Między przyjemnością a szczęściem istnieje różnica, jednak nie moralna, lecz strategiczna. Pytanie nie brzmi: „co jest lepsze?”, ale „jak rzeczy, które sprawiają mi przyjemność wpływają na moją zdolność do szczęścia?”. I to pytanie zostawiam otwarte.
Jest jeszcze coś, o czym nie napisałem. Serotonina nie jest ostatnią instancją szczęścia. Istnieją stany, które nazywamy szczęściem, choć nie mieszczą się w żadnym prostym schemacie neuroprzekaźnikowym. Należy do nich poczucie sensu, które towarzyszy człowiekowi tuż przed śmiercią, gdy wie, że żył tak, jak chciał żyć. Zaliczamy do tej grupy wdzięczność, która pojawia się bez powodu – na przykład wtedy, gdy słońce zaświeciło przez okno. Można tu również umieścić spokój, który ogarnia rodzica patrzącego na śpiące dziecko. Te doświadczenia prawdopodobnie mają swoje podstawy biochemiczne: oksytocyna, endorfiny, związki, które neurobiologia dopiero bada i poznaje, tyle że sprowadzenie ich wyłącznie do chemii nie wystarcza. Dlaczego masz wrażenie, że kryje się za nimi coś więcej? Dlaczego, kiedy ich doświadczasz, czujesz, że dotknąłeś czegoś prawdziwego, czegoś, co istnieje niezależnie od ciebie?
Być może opisana tu neurobiologia jest tylko górną warstwą odpowiedzi. Może pod nią kryje się druga, w której chemia tłumaczy uczucia, a jeszcze głębiej tkwi trzecia, w której uczucia mówią nam coś o naturze świata? Zostawię cię z tą myślą. Czy twoje szczęście jest tylko funkcją poziomu serotoniny, a może czymś, co serotonina jedynie mierzy, sama nie będąc tym, co jest mierzone? Odpowiedź zależy od tego, jakim jesteś człowiekiem. I od tego, czemu dzisiaj poświęcisz swoją uwagę.
Literatura
Arystoteles. (1982). Etyka nikomachejska (tłum. D. Gromska). Państwowe Wydawnictwo Naukowe [Praca oryginalna powstała ok. 350 r. p.n.e.]
Berridge, K. C., & Kringelbach, M. L. (2015). Pleasure Systems in the Brain. Neuron, 86(3), 646–664. https://doi.org/10.1016/j.neuron.2015.02.018
Carter, C. S. (2014). Oxytocin pathways and the evolution of human behavior. Annual Review of Psychology, 65, 17–39. https://doi.org/10.1146/annurev-psych-010213-115110
Lustig, R. H. (2017). The Hacking of the American Mind: The Science Behind the Corporate Takeover of Our Bodies and Brains. Avery.
Orben, A., & Przybylski, A. K. (2019). The association between adolescent well-being and digital technology use. Nature Human Behaviour, 3(2), 173–182. https://doi.org/10.1038/s41562-018-0506-1
Ryan, R. M., & Deci, E. L. (2001). On Happiness and Human Potentials: A Review of Research on Hedonic and Eudaimonic Well-Being. Annual Review of Psychology, 52, 141–166. https://doi.org/10.1146/annurev.psych.52.1.141
Seligman, M. E. P. (2011). Flourish: A Visionary New Understanding of Happiness and Well-being. Free Press.
Volkow, N. D., Wang, G. J., Fowler, J. S., Tomasi, D., & Telang, F. (2011). Addiction: beyond dopamine reward circuitry. Proc Natl Acad Sci U S A., 108(37), 15037–15042. https://doi.org/10.1073/pnas.1010654108
Young, S. N. (2007). How to increase serotonin in the human brain without drugs. Journal of Psychiatry & Neuroscience, 32(6), 394–399.
Redakcja i korekta: Agnieszka Bukowczan Rzeszut

Zostaw komentarz