Obrażony kolega i my wszyscy
Każdy, kto przepracował w jakiejkolwiek firmie więcej niż dwa lata, widział to wielokrotnie. Ktoś podczas spotkania słyszy uwagę, która w teorii dotyczy tylko zdania, a w praktyce trafia znacznie głębiej, niż ktokolwiek przy stole mógłby przypuszczać. Wraca do biurka, milczy, znika na lunch, którego nie planował, a w piątek już z nikim z tego stołu się nie wita. Mijają dwa, trzy tygodnie i w firmowej kuchni ktoś, pół żartem pół serio, rzuca komentarz, że niektórzy reagują jak dzieci.
Jest spora szansa, że już przy pierwszym akapicie ktoś konkretny pojawił ci się w głowie. Może był to kolega czy koleżanka z zespołu, a może menadżer. Zanim jednak bez wahania przypiszesz tę historię komuś innemu, warto przez moment uczciwie spojrzeć również na siebie. Czy nigdy nie zdarzyło ci się tak wyjść z pracy o godzinę wcześniej, bo akurat ktoś ci coś zarzucił? Nigdy nie przestałeś z kimś rozmawiać przez tydzień, bo „nie miałeś nastroju”? Nigdy nie napisałeś krótszej, chłodniejszej wiadomości akurat tej osobie, która cię wcześniej zirytowała?
Jeżeli w tym miejscu odpowiadasz sobie na te pytania szczerze, bez przybranej maski i wewnętrznej potrzeby, żeby zawsze wypaść dojrzale, to prawdopodobnie czujesz, dokąd może prowadzić ten tekst. Prawda bywa niewygodna, ale i wyjątkowo ludzka, ten tekst nie powstał o tych „wszystkich niedojrzałych ludziach”. Ten tekst jest tak samo o mnie, o tobie i właściwie o każdym kto nieraz reaguje bardziej sercem niż stanowiskiem wpisanym w umowie.
„Niedojrzały” to wygodne słowo
Słowo „niedojrzały” robi w świecie zawodowym zawrotną karierę, głownie dzięki temu, że daje nam bardzo wygodne poczucie porządku. Z jednej strony tłumaczy, czemu z kimś jest trudno. Z drugiej strony niemal automatycznie ustawia nas w roli tych bardziej świadomych, czy zwyczajnie trochę „bardziej dorosłych”.
Człowiek i wszystkie jego wewnętrzne wersje
Sytuacja przedstawia się w niezwykle życiowy sposób, ponieważ rzadko wszystko to jesteśmy w stanie zamknąć w prostych etykietach, którymi chętnie obdarzamy pozostałe osoby między jednym czy drugim spotkaniem. Każdy z nas zachowuje się czasem dziecięco. Nie dlatego, że nie wyrósł, tylko dlatego, że jest człowiekiem. Prawda jest taka, że nikt z nas nie przychodzi do pracy by być wyłącznie specjalistą czy menedżerem. Przychodzimy także jako ośmiolatek, który kiedyś usłyszał coś niesprawiedliwego, jako nastolatek, który próbował przynależeć do jakiejś z grup a w końcu jako dorosły, który poczuł, że są od niego lepsi. Wszystkie te wersje siedzą gdzieś w środku i nikt ich z nas nie wyjmie.
Sedno nie polega na tym czy coś w Tobie siedzi, ponieważ co do zasady – siedzi, tak, jak w każdym. Prawdziwe pytanie brzmi bardziej, czy jesteś w stanie zauważyć ten moment, w którym to coś zaczyna mówić Twoim głosem?
Schematy, czyli nasze stare odruchy
W psychologii istnieje pojęcie schematu. Mówi się tak o utrwalonych wzorcach reagowania, które uformowały się w nas dawno, a potem powtarzają się przez całe życie. Ktoś, kto przez lata słyszał, że mógłby bardziej, szybciej albo żeby być „jak inni”, potrafi nawet mając czterdzieści lat i własny zespół, usłyszeć jedno na pozór niewinne zdanie, które dotknie go tak samo jak wtedy, gdy te dwadzieścia czy trzydzieści lat wstecz. Człowiek wychowywany w nieuwadze emocjonalnej, w pracy z nadmierną intensywnością reaguje na pozornie chłodne zachowania kolegów. Ten z nas, kto dorastał w ciągłym porównywaniu z rodzeństwem jako trzydziestolatek czuje ukłucie zazdrości na każdą cudzą podwyżkę.
To nie jest wiedza ze specjalistycznych podręczników, którą jest w stanie zrozumieć tylko garstka osób. To codzienność. Cicha, niepozorna, często niewidoczna a mimo to, obecna praktycznie w każdym z nas.
Spójrz jeszcze raz na obrażonego kolegę, którego łatwo byłoby zamknąć w jakimś prostym opisie. Być może faktycznie ma w sobie sporo niedojrzałości, ale też zauważ, że może to jedno twoje zdanie trafiło właśnie w to miejsce, którego on sam nie umiał i nie umie nazwać. Jedno nie wyklucza drugiego. To nie zwalnia nikogo z odpowiedzialności za jego zachowanie, ale tłumaczy, czemu reakcja bywa nieproporcjonalna do bodźca.
Marta, raport i trzy reakcje, które niczego nie rozwiązują
Wyobraź sobie nie schemat psychologiczny a konkretną osobę, Martę, trzydzieści osiem lat. Dziewczyna bardzo kompetentna, lubiana i poukładana. Szef rzuca w środę, w obecności trzech innych osób: „Marto, ten raport mógł być lepszy, ale niech już będzie”. Marta wraca do swojego biurka, pozornie zachowuje twarz, odpowiada na maile, odbiera kilka telefonów a po chwili zamyka się w toalecie i wreszcie daje upust emocjom. Od tego momentu wyraźnie coś się zmienia. Marta jakby się zamyka, na spotkaniach mówi wyraźnie mniej, kontakt z szefem ogranicza do minimum, a firmowe wyjście, na które normalnie poszłaby bez wahania, teraz przestaje dla niej istnieć.
Co z tym zrobić? Trzy najczęstsze błędne reakcje firmowe wyglądają tak.
Pierwsza, najczęstsza, to obwinianie szefa. „Powiedział to fatalnie, w obecności ludzi, oczywiście, że Marta tak zareagowała”. Słuszne częściowo, bo komunikat rzeczywiście mógł być lepiej zaadresowany. Tylko że szef tej skali reakcji ze swojego komunikatu nie zaprojektował. Ona przyszła z innego źródła.
Druga, równie częsta, to obwinianie Marty. „Trzeba się ogarnąć, jest się dorosłą kobietą, nie wolno się rozsypywać po jednym zdaniu”. Słuszne częściowo, bo dorosła osoba rzeczywiście odpowiada za to, jak się zachowuje. Tylko że samej skali emocji się nie wybiera. Aktywujemy się mimo woli, a potem mamy chwilę, żeby zdecydować, co z tym zrobić. Ten moment decyzji to dorosłość. Sama emocja dorosłością nie jest ani niedorosłością.
Trzecia, najbardziej dramatyzująca, to robienie z tego sprawy systemowej. „Toksyczna kultura organizacyjna”, „brak psychologicznego bezpieczeństwa”, „mobbing”. Czasami coś z tego rzeczywiście jest. Częściej jednak po prostu spotkali się dwaj ludzie, każdy z własnymi schematami i jeden niefortunnie zahaczył o drugiego.
Najbardziej interesujące w tym wszystkim jest to, że tu nie wydarzyło się nic spektakularnego, ani to tragedia, ani skandal. Stała się rzecz dnia codziennego, żaden korporacyjny kryzys.
Co naprawdę pomaga
Nie kryje się za tym wszystkim żadna wielka życiowa filozofia. Istnieją natomiast trzy proste rzeczy, które naprawdę robią różnicę i co ważne, to każda z nich jest w zasięgu zwykłego człowieka.
Po pierwsze, zwykłe zauważanie chwili, w której coś w środku zareagowało szybciej niż sam ty byłeś w stanie to logicznie przemyśleć. Kiedy poczujesz, że jakiś komentarz w pracy bardzo cię ukłuł, zatrzymaj się i sprawdź, czy reakcja jest proporcjonalna. Drobna uwaga zasługuje na drobne zmartwienie. Jeżeli po jednym zdaniu czujesz, że wszystko zaczyna cię nagle drażnić, kawa przestaje smakować w głowie niezmiennie wracasz do tej jednej sytuacji to bardzo możliwe, że nie chodzi już wyłącznie tylko o ten jeden komentarz.
Po drugie, nazywanie. Stary, mądry trik. Kiedy zamiast „atmosfera w tej firmie jest fatalna” potrafisz powiedzieć sobie samemu „dziś akurat źle to przyjąłem, bo trafiło mnie w czuły punkt”, połowa pracy jest zrobiona. To, co faktycznie potrafisz nazwać przestaje Tobą rządzić z tylnego siedzenia, a to czego nie widzisz kieruje Tobą dłużej niż faktycznie chciałbyś przyznać.
Po trzecie, zdecydowanie spokojnie. Pierwsza reakcja w pracy zawsze będzie emocjonalna. Druga, ta po dwudziestu czterech godzinach, jest już dorosłą decyzją. Większość zawodowych konfliktów rozwiązuje się nie tym, jak ktoś zareagował od razu, lecz tym, co zrobił następnego dnia. Wszyscy mamy prawo do gorszego momentu. Mało kto ma prawo do trzytygodniowego dąsania się.
Pomiędzy dwiema przesadami
Kiedy mówimy o dziecięcych zagraniach w pracy, łatwo zsunąć się w jedną z dwóch przesad. Pierwsza, surowa, każe od ludzi wymagać, żeby w ogóle nie czuli, nie reagowali, nie mieli wewnętrznego życia. Druga, miękka, każe wszystko usprawiedliwiać schematami i ranami z dzieciństwa, jakby dorosły człowiek był wyłącznie zakładnikiem swoich emocji.
Jak to zwykle bywa, najwięcej rozsądku kryje się gdzieś pomiędzy skrajnościami. Mamy w sobie dziecko, to fakt. Mamy też w sobie dorosłego, to też prawda. Jedna część nas reaguje impulsywnie i bardzo prawdziwie, natomiast druga potrzebuje chwili i to właśnie ona podejmuje decyzje z którymi później trzeba żyć. Dojrzałość chyba właśnie na tym polega, żeby żadnej z tych części nie wypierać, ale też nie oddawać sterów tej, która akurat najmocniej przeżywa.
Kiedy następnym razem zobaczysz w pracy kogoś, kto nagle milczy, odpowiada chłodniej niż zwykle to postaraj się przez moment niczego nie oceniać. Nie diagnozuj go w głowie. Nie współczuj na zapas. Nie pisz długiego maila o tym, co go ukłuło. Pamiętaj, że historię, którą dziś oglądasz z boku, za tydzień lub dwa może przydarzyć się także tobie. Tyle wystarczy, żeby zachować spokojny ton i zdrowy dystans.
Krótkie podsumowanie, bez wielkich morałów
Nie ma w tym tekście ostrego morału. Jest tylko kilka prostych uwag, które warto zachować na trudniejsze dni.
Wszyscy mamy w sobie wewnętrzne dziecko. Wszyscy czasem reagujemy z jego perspektywy. Ważne, żeby umieć to zauważyć i nazwać, ale jeszcze ważniejsze, żeby z tego nie robić życiowej tragedii. Nikt z nas nie jest w pełni dorosły. Wszyscy uczymy się tej dorosłości codziennie, kawałek po kawałku, najczęściej pod presją.
Spokojna głowa, trochę więcej dystansu, odrobina uczciwości wobec siebie i mniej energii wkładanej w pielęgnowanie traum. Czasami tyle naprawdę wystarczy i nie potrzeba niczego ponad to.

Zostaw komentarz